WIERSZE

(wybór)

Divgray

Podział

 

Głuptasku… Kiedy wyjdziesz z żółtych oczu strachu?
Mnie równie natarczywie dzień chwyta za ręce.
Czy myślisz, że nierówne są różańce płaczu,
Albo snów trzepoczących o ścianę dwie części?

Dano nam deszcz i drzewo; jak je mamy dzielić?
Idąc do domu zmokłam dziś do suchej nitki.
Myślisz, że deszcz na drzewo mogłabym zamienić,
Skoro słota na dworze, a drzewom brak liści?

Nie zasypiaj tak prędko – to początek nocy.
Do mnie też zapukały dziś smutku gałęzie.
Świt nawet teraz dzieli świat na dwie połowy;
Nas łączy nić powietrza – i nie trzeba więcej.

Wiersz z tomu Ściana;
angielski przekład ukazał się w Intricacies

Divgray

Śnieg

 

Śnieg pada na twój ogród dzieciństwa
Okrywa drzewo wiśni i krzak porzeczki
Twoje różowe łapki chwytają za sznurek
Ciągnąc drewniane sanki, wychodzisz na dwór

Razem z innymi dziećmi z ulicy, będziesz
biec pod górkę i zjeżdżać w dół, niestrudzenie
Aż różowe łapki sfioletowieją, ukąszenia mrozu
zaczerwienią ci policzki—lecz tym się nie przejmiesz

Śnieg pada na autobus, który wyjeżdża
Z ulicy Żołnierskiej; w Wigilię Bożego Narodzenia
Jest tylko dwoje pasażerów: ty i ja
i ani szmeru, jedynie silnik i śnieg

Szukamy schronienia w odwiecznym micie
o żłobku i magach, o owieczce i wilku
Jak na filmie-horrorze, zamykamy oczy
czas cofa się—na chwilę—na tę noc tylko

Śnieg pada na dachy kamienic
gałęzie świerków zginają się pod jego ciężarem
przyciągasz mnie blisko siebie i mówisz
Patrz ile zbudowałem, papierowy dom

Okno z pęcherza ryby, ściany z piór
podłogę z trocin i ogród z prochu—
towarzyszy twoich radości; wśród nich spędziłeś
ułamki czasu z bliskimi, z przyjaciółmi

Śnieg pada na twoje śnieżnobiałe dłonie
Jedna z nich straciła, druga zachowała swój chwyt
Spoczywając na  zamkniętych powiekach, płatki
nie topnieją. To śniegu ostateczne zwycięstwo.

 


Po angielsku wiersz ukazał się w
Inclusions
“Śnieg” w wykonaniu muzycznym Ivaany Muse (jako “Snow”)

Divgray

Dzień w którym zostałam Amerykanką

 

Witajcie, pasażerowie napływający
do pociągu CTA

Latynoscy pracownicy z budowy,
wschodnioeuropejskie służące

Witajcie, młodzi tekstujący się wzajem,
nieśmiali, niepewni

Witajcie, ci którzy popełnili błąd
oraz ci upojeni miłością

Witajcie, farmerzy sprzedający na rynku
warzywa i owoce

Witajcie, poeci popijający herbatę
przy kuchennym stole

Witajcie, uczeni poszukujący prawdy
w bagnisku intryg

Witajcie, matki chorych dzieci
bez ubezbieczenia zdrowotnego

Dzisiaj mówię wam,
jestem jedną z was

Po angielsku wiersz ukazał się w The Butterfly’s Choice

Divgray

Obcy atakują

 

jeśli myślisz, żeś bezpieczny, mylisz się
patrz jak obcy ścichapęk zawalili

twoje stoły i biurka, regały i podłogi
odłamkami swych bomb papierowych

patrz ileś czasu spędził na samym kopaniu
w kwitach, rachunkach, formach, wezwaniach

kalkulując kredyty, sortując płatności
ubezpieczeniowe raty oraz należności

na zewnątrz śpiewają ptaki; nie wiedzą wciąż
jak siać czy zbierać, a jednak są

krucha wolności! dobrze jej pilnujmy
w układzie z obcymi—ci ciągną za sznurki

 

Po angielsku wiersz ukazał się w The Butterfly’s Choice

Divgray

susza

 

upał dochodzi do stu Fahrenheita.
pełznie z otwartych ust strachu
– jesteśmy tym, co spożywamy.
dusze wyparowują w sandy hook,
connecticut. trawa staje się piaskiem.
wspominając wolność, spragnieni
poruszamy się po palącej ziemi

dwudziestopięcioletnia studentka
mruczy: “jesteśmy wielkimi cynikami.”
jej zamożność można poznać po
jej wegetariaństwie, lesbijstwie
(nawet dziś bogate zamążpójście
to dla niektórych opcja). z duszą
wilgotną od współczucia, ona pragnie.

nagle odzywa się z przyszłości,
w której jest szefem egzekutywy:
“owszem, musi pani pokryć koszty
podróży, utrzymania, ubezpieczenia
podatków, darów, emerytury –
wtedy – być może – odnowimy z panią
kontrakt.” jej głos i oczy suche,
spragnione słowa piją mnie.

na kampusie pracownicy zieleni
ścinają drzewa pozbawione soków.
powietrze jest wymogiem produktywności.
emaile obiecują w słodkich słowach
wiele sposobów powiększenia prącia.
czujemy jedno: chce nam się pić. senni,
folgujemy sobie w przydrożnych pubach.

 

Divgray

Źrenica

 

Mogłeś uczynić mnie szkłem powiększającym
do oglądania początku; lub cierpliwym okiem
kota czy też goryla, gdy te postrzegają cię
kiedy jak żel otaczasz nas—twe źrenice
pogrążone w zapomnieniu i szaleństwie.
Lecz ty wprowadziłeś swe zmęczone oko,
pełne łez z powodu wieku i smutku,
w mój umysł, bym była świadkiem dni ostatnich.

Wciśnięta między twe ciężkie powieki
maleję, gdy górna zamyka się zwolna
(choć dla ciebie życie to tylko mrugnięcie).
Świadoma źrenica, rejestruję posłusznie
zapach, dźwięk, widok, dotyk, obroty ciała
i wszystkie rzeczy świata. Nie mam cierpliwości
kota czy samicy goryla – gdy ta na języku
umieszcza swój codzienny pokarm, patrząc,

zawsze patrząc. Jej prawa łapa nie wie,
co czyni lewa, gdy obie podają termity
do jej ust, kiedy rozłamują orzechy,
drapią, gdzie swędzi, lub kołyszą miot.
Jej ciało jest ciałem, niczym więcej – ona
nie stara się pogrzebać go w neverland;
jakże mogłaby pozbyć się takiej masy?
Poza czuwaniem, jej oko to czysty wzrok,

a ciało trwa w harmonii z żywiołami.
Goryl nie może tworzyć ani nazywać boga
który niczym żel otacza źrenice swoich
boskich oczu. Patrząc, goryl przekłada
zadziwienie na potrzeby organizmu.
Więc ty począłeś źrenicę, zagęszczając
wszystko co jest, w kolejną iskierkę – mnie.
Zanim zamkną się powieki twojego oka,

powoli przesuwam wzrok z cielesnych potrzeb
ku topieniu lodowców, opadom kwaśnego deszczu
na plaże rybackie, ogródki grillowe,
pola, co kryją oświęcimskie pamiątki;
ku Hutu odrąbującym głowy Tutsi pod okiem
zielonego trójkąta; zwierzętom ginącym w męczarniach
w korporacyjnych rzeźniach; cielętom skutym
w namiotach, gdzie dławią się na cielęcinę.

Widzę język, jak sam rzyga się w reklamach,
w traktatach uczonych, w kazaniach bogactwa.
Pawian przez pół godziny pożera jelonka
żywcem, zaczynając od tyłu; jeleń wyje;
dziecko w Syrii, zżerane przez politykę świata,
też wyje przy ciele matki, kiedy inni
żrą ku swej nędzy i chorobie – tak spełniając
każde słowo w objawieniu szaleńca.

Okiem swym – mną – oglądasz dni ostateczne.
Źrenice twe nieliczne, zmęczone; większość
dawno zastała się w biernych skamielinach.
A jednak rośnie gwiezdna noc – gąbka świateł;
siwa czapla przelatuje nad autostradą;
w zaroślach słowik śpiewa do swej samiczki.
A przecież między mrugnięciem twych powiek,
kradnę czas i składam me chwilowe usta
by pocałować ukochanego, w przejściu.

 

Divgray

Copyright ©Joanna Kurowska. Any content from this website may not be reproduced without permission.

Divgray

Comments Off on WIERSZE
%d bloggers like this: